MKTG NaM - pasek na kartach artykułów

Rocznica wojny: „Wy wygracie”, czyli Lublin wciska „enter” i pomaga Ukrainie

Wojska Putina weszły na Ukrainę 24 lutego 2022 w godzinach porannych. Ruszyli od razu w głąb kraju, prosto do Kijowa. Setki bomb spadły na ukraińskie miasta, pojawiły się pierwsze ofiary. Fala uchodźców z Ukrainy trafiła do Polski, pierwszego kraju nieobjętego konfliktem, a województwo lubelskie stało się pierwszym przyfrontowym terytorium. I to stąd, w odpowiedzi na ukraińską, zaczęła płynąć inna fala – bezinteresownej pomocy. Realizowanej naprędce i może często chaotycznie, ale co najważniejsze, mającej swe źródło w głębi serca.
- W jaki sposób mogę pomóc? – to pytanie stawiało sobie wielu z nas.

I nawet nie znając konkretniej odpowiedzi wsiadaliśmy w samochody i jechaliśmy na przejścia graniczne, które już od pierwszego weekendu wojny, poza swoją tradycyjną rolą, stały się punktami pomocy.

- Dyba, pracujesz w mediach, wiesz może na które przejście najlepiej pojechać? - z tym pytaniem, w niedzielę rano, 27 lutego, zwrócił się do mnie kolega Dawid.

Nie znałem odpowiedzi na to pytanie, ale wiedziałem, że na jednym z przejść jest już Wojtek Pokora (red. naczelny „Kuriera”).

– Hrebenne, Zosin, Dorohusk - tam teraz przydadzą się każde ręce – powiedział mi Wojtek, który sam był wtedy w Dorohusku.

I takich pytań i odpowiedzi były tysiące. Dawid zrobił duże zakupy i ruszył w kierunku Dorohuska. Jak sam teraz przyznaje była to wyprawa bez większego planu, zupełnie spontaniczna.

Pospolite ruszenie

– Takich jak ja było wtedy na granicy bardzo dużo, prawie tyle, co nadciągających z drugiej strony Ukraińców – mówi Dawid. – Chciałem zaoferować transport do Lublina lub Warszawy, ale nie miałem kogo zabrać, bo pierwsza fala została bardzo szybko rozładowana właśnie przez prywatne transporty. Mało tego, chcąc kogoś zabrać, trzeba było ustawić się w kolejce do oczekiwania na nowych przybyszów – dodaje.

Ta kolejka do tego, by nieść pomoc idealnie obrazuje narodowy zryw, z którym mieliśmy wtedy do czynienia.

W pierwszych dniach konfliktu, na polsko-ukraińskiej granicy stawił się też Rafał (prosi by nie podawać nazwiska), który zresztą zaczął na własną rękę i na szerszą skalę organizować pomoc dla uchodźców. Wpadł na pomysł, żeby przed marketami wystawić koszyki, w których klienci będą mogli zostawić produkty kupione dla Ukraińców. Rafał zrobił to zanim jeszcze sklepy weszły we współpracę z fundacjami. Jego garaż stał się małym bankiem żywności.

- Punktów było około dwunastu: głównie w aptekach i marketach. Jeden kosz stał też w naszym garażu podziemnym i nie było dnia, aby było w nim pusto. Punkty odwiedzałem codziennie około 20. Nie było to zbyt proste, bo za każdym razem trzeba było się zameldować u kierownika sklepu. A że na zmianach byli różni ludzie więc na każdym punkcie chwilę się schodziło – mówi „Kurierowi”.

To, co Rafałowi udało się zebrać trafiało w różne miejsca: do magazynu przeładunkowego w Przemyślu, do ośrodka w Lublinie, do Caritasu, do kobiet, którym ktoś życzliwy oddał swój dom na Podkarpaciu, czy na lubelski dworzec PKS.

Skoro o dworcu PKS mowa, to był on kluczowym (obok dworca PKP) punktem pomocowym w pierwszych miesiącach wojny. Pełnił różnoraką rolę: miejsca docelowego, przesiadkowego, ale i miejsca rozłąki. To stąd ukraińscy mężczyźni udawali się tam, skąd uciekały kobiety, dzieci i starcy. Niejako wbrew rozumowi, ale w zgodzie z tym, co podpowiadała im dusza – by walczyć o kraj i jego niepodległość. To właśnie na PKS poprzez oddolną inicjatywę wolontariuszy powstało miejsce, w którym uchodźcy po wielogodzinnej podróży mogli zjeść ciepły posiłek i napić się herbaty.

– Całą akcję zapoczątkował na małym stoliku z kilkoma kanapkami i termosem Sasza Szyszko – mówi Mirosław Kopiński, który niemal od razu pojawił obok Saszy pełniąc funkcję tłumacza i koordynatora wolontariuszy.

Zaraz przyłączyli się do nich inni. Stworzyli społeczność zyskując wsparcie ze strony organizacji pozarządowych. Wolontariusze na PKS opracowali grafik z dyżurami, a na specjalnym profilu w mediach społecznościowych na bieżąco informowali o aktualnych deficytach, tak by efektywnie reagować na potrzeby przybywających do Lublina uchodźców. Na PKS czekały na nich pyszne naleśniki, racuchy, drożdżówki, ale też artykuły higieniczne: od pieluch po dezodoranty. Była tu także specjalnie wydzielona strefa dla dzieci: z zabawkami i dziecięcymi akcesoriami, tak by maluszki choć na chwilę zapomniały o traumatycznych przeżyciach.

Przez trzy miesiące dyżury na PKS pełniła Natalia Lewandowska.

- Mam taki charakter, że kiedy znajdę się w kryzysowej sytuacji, wówczas potrzebuję robić coś konkretnego. Przekuć ten smutek i strach w coś dobrego. Wyszłam z założenia, że nawet drobny gest, słowo, uśmiech pomogłoby mi gdybym była w sytuacji uchodźczej i szukałam takiej formy pomocy, gdzie mogłabym to ludziom dawać – tłumaczy powody, które zdecydowały o tym, że przyszła na dworzec.

Co czuła pełniąc taki dyżur?

- Że wiele razy ludziom bardzo potrzebna była rozmowa, kilka błahych słów, niektórzy potrzebowali się przytulić, wygadać, to było ważna część tej pomocy, takie ludzkie wsparcie, oprócz organizowania i udzielania pomocy rzeczowej – mówi nam Natalia Lewandowska.

Z jednego z dyżurów wróciła do domu z sześcioma osobami, które potrzebowały noclegu na jedną noc.

- Kiedy wstałam rano i zobaczyłam w moim łóżku śpiące małe dzieci, obok nich malutkie plecaczki, dotarło do mnie ze to się dzieje naprawdę, uderzyła mnie cała tragedia. To banalne, ale tak to poczułam – opowiada „Kurierowi”.

Na jeden z takich dyżurów na lubelski PKS z Warszawy przyjechał Mateusz Wasak.

- Wówczas to właśnie Lublin najbardziej potrzebował wolontariuszy, więc niewiele się zastanawiając zrobiliśmy z narzeczoną zakupy i pojechaliśmy na lubelski dworzec.

Jedna ze scen szczególnie zapadła mu w pamięci.

- Pod koniec dyżuru poproszono mnie, abym zawiózł młodą kobietę z ok. 8-letnim chłopcem z dworca PKS na dworzec PKP. Śpieszyli się na pociąg do Łodzi, a kursujący pomiędzy dworcami autobus byłby za późno. Kiedy na miejscu wysiedliśmy z samochodu oboje bardzo mocno mnie objęli. Przygotowałem się wcześniej z pomocą translatora i powiedziałem tylko: „Vy hrayete (wy wygracie)” – mówi Mateusz.

Punkt pomocowy na PKS zakończył swoją działalność wraz z końcem czerwca 2022 r., ale wspomniany Mirosław Kopiński nadal pełnił tam dyżur działając w całodobowym punkcie informacyjnym.

Z ofertą pomocy lublinianie wyszli indywidualnie, w grupach mniejszych i większych, ale też instytucjonalnie. W dniu wybuchu wojny, już 24 lutego, ekspresowo zawiązał się Lubelski Społeczny Komitet Pomocy Ukrainie, czyli międzysektorowa grupa wolontariuszy gotowych pomagać osobom dotkniętym wojną w Ukrainie. Jednym z filarów LSKPU jest Stowarzyszenie Homo Faber.

- Jeszcze dzień przed rozpoczęciem wojny umieściłam post wspierający Ukraińców, czuliśmy, że może coś się wydarzyć. 24 lutego Anna Dąbrowska z Piotrem Skrzypczakiem, członkowie zarządu Homo Faber, udali się na 2-tygodniowy urlop, byli już w drodze na lotnisko, ale ostatecznie nigdzie nie wyjechali. Dostałam od nich sms: „No to wracamy do Lublina” i tak właśnie dowiedziałam się, że wybuchła wojna – wspomina Marta Sienkiewicz, dyrektorka biura.

- Od razu uruchomiliśmy nasze kontakty, a z racji tego, że współpraca międzysektorowa z innymi organizacjami była bardzo dobra, to nie było problemu żeby działać wspólnie, pod jednym szyldem. Spotkaliśmy się w Centrum Kultury – dodaje Sienkiewicz.

Jak zauważa migracja wywołana przez wojnę to migracja kobieca, a większość osób zaangażowanych w pomoc to kobiety.

- Ogromna siła, która jest w tym ruchu humanitarnym tworzona jest przez kobiety – puentuje dyrektorka Homo Faber.

W pomoc szeroko zaangażował się również lubelski Caritas, który od początku wojny wysłał 231 ciężarówek i 156 busy dostawcze z pomocą humanitarną o łącznej wartości ok. 24 mln zł. Swoje drzwi przed ofiarami wojny otworzyły także caritasowe Domy Przyjaźni, z których skorzystało 24,7 tys. osób.

Od pierwszego dnia wojny pomoc dla uchodźców płynie również ze strony Centrum Wolontariatu, choć jak mówi nam jego szef ks. Mieczysław Puzewicz, wolontariusze byli na to gotowi już wcześniej.

– Pierwsze spotkanie przygotowujące odbyliśmy już 22 listopada 2021 r., bo po doświadczeniach tego, co się stało w Czeczenii i Gruzji byłem pewien, że do tej wojny dojdzie. Pamiętam, że 24 lutego obudziłem się po godz. 4 rano i zobaczyłem w internecie, że się zaczęło. Wtedy wcisnąłem „enter” i zaczęliśmy działać – mówi Puzewicz.

Przez rok Centrum Wolontariatu (w kooperacji ze Stowarzyszeniem Solidarności Globalnej) wysłało na Ukrainę 370 ton pomocy humanitarnej, generatory prądotwórcze, sprzęt medyczny, samochód na potrzeby ewakuacji rannych. Wsparło także budowę szpitala rehabilitacyjnego w Drohobyczu. Oprócz tego udzieliło różnego typu pomocy tysiącom Ukraińców. Jednym z nich był Ivan, wojskowy kierowca, którego historia nadaje się na scenariusz filmowy.

Historia jak z filmu

– Ivan został postrzelony przez Rosjan pod Kijowem. Razem z nim był brat i kolega, oni zginęli, a on dostał się do niewoli. Uratował swoje życie oddając złotą obrączkę Rosjaninowi, dzięki czemu razem z żołnierzami rosyjskimi trafił do szpitala w Homlu na Białorusi – opowiada „Kurierowi” ks. Puzewicz. – Tam na szczęście trafia na wrażliwego lekarza, który przenosi go na salę, gdzie przebywały osoby po wypadkach samochodowych i rozpowszechnia informację, że tego człowieka trzeba zabrać. I wtedy ja dostaję telefon od znajomego z białoruskiej opozycji. „Mietek, musisz zabrać rannego ukraińskiego żołnierza z przejścia w Terespolu. Nie ma dokumentów i jest na wózku inwalidzkim” – kontynuuje opowieść Puzewicz.

Jak mówi, cała operacja się udała, a na wysokości stanęła polska Straż Graniczna, której, jako dokument, wystarczył jedynie wypis z białoruskiego szpitala.

– Już z Polski Ivan zadzwonił do swojej żony i powiedział, że żyje, choć ta uważała go już za martwego. Było to tuż po Wielkanocy, czysta metafizyka – dodaje ks. Puzewicz.

To historia, która wywołuje ciarki na ciele. Ale jest ich więcej, znacznie więcej. Usłyszał je każdy, kto choć w minimalnym stopniu zaangażował się w działania pomocowe na rzecz Ukrainy i jej obywateli. Dzięki wielopłaszczyznowej fali dobra uchodźcy nie tylko otrzymali doraźną pomoc, ale również stali się częścią naszego społeczeństwa – sąsiadami, kolegami i koleżankami z bloku, osiedla, przedszkola, czy szkoły.

Życie i nauka w nowym kraju

Jeśli chodzi o te ostatnie, to aktualnie do placówek edukacyjnych prowadzonych przez miasto, uczęszcza 1908 wychowanków i uczniów z Ukrainy. Najwięcej z nich trafiło do szkół podstawowych - 1340, do przedszkoli uczęszcza 382 maluchów a do liceów i techników 147 Ukraińców. Pozostali uczą się w branżowych szkołach I stopnia, szkołach muzycznych i specjalnych. Najwięcej Ukraińców uczęszcza do Zespołu Szkół nr 12. 

- Na ten moment w naszej szkole podstawowej oraz przedszkolu uczy się 76 osób z Ukrainy. Te liczby zmieniają się z tygodnia na tydzień. Był czas, kiedy liczba uchodźców przekroczyła 100. Jedni przychodzą, drudzy odchodzą, a długość ich pobytu zależna jest od wielu czynników – mówi Lucjan Miciuk, dyrektor Zespołu Szkół nr 12 w Lublinie. 

Jak podkreśla dyrektor, wszyscy uczniowie próbują odnaleźć się w nowej rzeczywistości. 

- Największym kłopotem jest bariera językowa, która niewątpliwie utrudnia nawiązywanie relacji z rówieśnikami. Nie wiem, jak to się dzieje i sam dziwie się, że uczniowie z Ukrainy są w stanie porozumieć się i zakolegować ze społecznością naszej szkoły. Uchodźcy, którzy dłużej chodzą do naszej placówki i sumiennie uczestniczą w dodatkowych zajęciach z języka polskiego, robią postępy – zaznacza Miciuk. 

Z ogromnym wyzwaniem zmierzyli się także pedagodzy, którzy musieli zdobyć nowe umiejętności i starać się porozumieć z nowymi uczniami. 

- Staraliśmy się doszkalać, zatrudniać tłumaczy, psychologów czy logopedów. Nowi pracownicy ułatwiają nam kontakt z uczniami i wpływają na osoby, które uczęszczają do naszej szkoły. Z czasem ta sytuacja się poprawiała, mamy większe doświadczenie i możliwości. Na ten moment wszystko funkcjonuje całkiem nieźle – mówi Lucjan Miciuk. 

Dyrektor podkreśla, że młodzież z otwartymi ramionami przyjęła przyjaciół ze wschodu, a wszyscy traktują się po partnersku.

- Zdawaliśmy sobie sprawę z tragedii, jaka dotknęła te osoby. Każdy zostawił tam swoje domy, rodziny, całą przeszłość i często z jedną walizką wyjechał do obcego kraju bez znajomości języka. Nigdy nie chciałabym znaleźć się w takiej sytuacji. Myślę, że najgorzej odbiło się to na najmłodszych dzieciach, które chodzą do podstawówek i przedszkoli. Nasi rówieśnicy zdają sobie sprawę z tego, co się dzieje, jednak dzieciom trudno jest wytłumaczyć taką sytuację – mówi Kasia, uczennica szkoły średniej z Lublina.

 

Psycholodzy podkreślają, że w takiej sytuacji najważniejsza jest rozmowa i monitorowanie przez rodziców i nauczycieli stanu psychicznego dziecka. Gdy zauważą oni niepokojące sygnały, powinni skontaktować się ze specjalistą.
 
Stanisław Stoń, dyrektor I Liceum Ogólnokształcącym im. Stanisława Staszica w Lublinie opowiedział nam historię wyjątkowego ucznia, który trafił do kierowanej przez niego szkoły zaraz po wybuchu wojny.  

- Przy tak tragicznej sytuacji bardzo mile wspominam jednego z uczniów, który trafił do nas 28 lutego i uparł się, by podchodzić z rówieśnikami do matury. Chłopiec miał częściowo polskie korzenie, więc znał nasz język. Od początku bardzo mu kibicowałem i wierzyłem w jego siły. Ten uczeń był w stanie nadrobić zaległości, przygotować się do egzaminu i zdać go. Mama przekonywała go, że wojna zaraz się skończy i wrócą na Ukrainę, gdzie będzie kontynuować naukę, on się jednak uparł i zrealizował swój cel. Teraz studiuje w Warszawie – opowiada Stoń. 

Wszystkie opisane tu postacie, instytucje i podejmowane działania to tylko „kropla” w „rzece pomocy”, jaka została uruchomiona przez Polaków. Rzece, która nie wyschła i płynie dalej i wytycza nowe koryta. Wam wszystkim, zbiorczo, należy się, może banalne, ale prawdziwe i zasłużone: DZIĘKUJĘ!

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Eurowybory 2024. Najważniejsze "jedynki" na listach

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Materiał oryginalny: Rocznica wojny: „Wy wygracie”, czyli Lublin wciska „enter” i pomaga Ukrainie - Kurier Lubelski

Wróć na lubelskie.naszemiasto.pl Nasze Miasto