Przemoc fizyczna, psychiczna, w białych rękawiczkach. To może dotknąć każdego z nas

Adrianna Romanek
Adrianna Romanek
Pokój w Specjalistycznym Ośrodku Wsparcia dla Ofiar Przemocy w Rodzinie
Pokój w Specjalistycznym Ośrodku Wsparcia dla Ofiar Przemocy w Rodzinie Adrianna Romanek
Udostępnij:
Znęcanie się fizyczne, psychiczne oraz wykorzystywanie seksualne to zachowania, z którymi ofiary przemocy muszą mierzyć się każdego dnia. Nie wszyscy są w stanie zakończyć toksyczną relację i uwolnić się od swojego oprawcy. Działający w Lublinie Specjalistyczny Ośrodek Wsparcia dla Ofiar Przemocy w Rodzinie pomaga pokrzywdzonym i zapewnia im kompleksową opiekę.

- Do naszego ośrodka zgłaszają się osoby z przeróżnych środowisk. Absolutnie nie jest tak, że są to tylko i wyłącznie osoby z rodzin dysfunkcyjnych. Niestety, coraz częściej obserwujemy zjawisko przemocy w białych rękawiczkach, dziejącej się w rodzinach o bardzo dobrej pozycji społecznej – informuje Joanna Bańczerowska, rzecznik prasowy Caritas AL.

Specjalistyczny Ośrodek Wsparcia dla Ofiar Przemocy w Rodzinie to placówka całodobowa oferująca bezpłatną, kompleksową pomoc schroniskową, terapeutyczną, pedagogiczną, socjalną, duszpasterską, medyczną, a także prawną.

Przemoc w rodzinie to nie tylko znęcanie się fizyczne nad członkiem rodziny, ale także dręczenie psychiczne. Takie zachowania objawiają się umniejszaniem poczucia własnej wartości, kreowaniem atmosfery strachu, zastraszaniem, ale także przemocą na tle seksualnym. Jedną z byłych podopiecznych ośrodka jest pani Zofia, która na własnej skórze doświadczyła takich zachowań.

- Po ślubie zamieszkaliśmy z mężem w jego rodzinnym domu wraz z jego rodzicami. Przemocy psychicznej doświadczałam zarówno ze strony męża, jak i teściowej. Wszystkie zachowania nasiliły się po narodzinach naszej córki. Teściowa zaczęła zachowywać się jak matka dziecka i na każdym kroku wmawiała mi, że nie umiem zajmować się córką. Mąż stale mnie kontrolował, sprawdzał telefon, mówił, w co mam się ubierać oraz z kim rozmawiać. Robił mi po prostu pranie mózgu - wyznaje pani Zofia. I dodaje, że gdy po narodzinach córki wpadła w depresję poporodową, nie tylko nie mogła liczyć na wsparcie męża, ale także nie pozwalał on poddać jej się leczeniu.

Rodzina oraz przyjaciele próbowali przekonać Panią Zofię do odejścia, jednak ta niejednokrotnie dawała mężowi kolejne szanse, by ratować swoją rodzinę.

- W mediach społecznościowych mąż kreował nasz wizerunek na naprawdę szczęśliwą parę. Patrząc z boku można było pomyśleć, że tworzymy idealną rodzinę, były to jednak pozory. Za zamkniętymi drzwiami wszystko wyglądało zupełnie inaczej - wyznaje.

Ostateczną decyzję o odejściu pani Zofia podjęła po 3 latach małżeństwa, gdy mąż dopuścił się wobec niej próby gwałtu.

- Mąż bardzo chciał, żebyśmy mieli drugie dziecko. Pewnej nocy na siłę próbował doprowadzić do stosunku seksualnego. Gdy zobaczył, że ze strachu płaczę i cała się trzęsę, zapytał co ze mnie za żona, skoro nawet nie umiem spełnić swojego małżeńskiego obowiązku. Kolejnego dnia poinformował mnie, że zabierze mi dziecko, a mnie odda do szpitala psychiatrycznego. Byłam już w naprawdę złej kondycji psychicznej - dodaje.

W uciecze z domu i dopełnieniu wszystkich formalności związanych z pobytem w ośrodku oraz zgłoszeniem sprawy na policję pani Zosi pomogła jej najlepsza przyjaciółka.

- Spakowałam tylko podstawowe dokumenty, kilka ubranek dla córki, które schowałam na spodzie wózka, zabrałam dziecko i powiedziałam mężowi, że wychodzę na spacer. Przyjaciółka przyjechała w umówione miejsce i zabrała mnie na policję. Już nigdy więcej nie wróciłam do domu - wyznaje.

Policjanci przesłuchali panią Zofię, a jej mężowi założyli Niebieską Kartę. Komisarz Kamil Gołębiowski, rzecznik prasowy Komendy Miejskiej Policji w Lublinie poinformował nas, że w 2021 roku mundurowi na terenie miasta założyli 735 takich kart.

Po dopełnieniu formalności na komendzie, pani Zofia trafiła do Ośrodka Wsparcia dla Ofiar Przemocy w Rodzinie przy ulicy Gracjana Chmielewskiego 9 w Lublinie. W tym miejscu podopieczni mogą otrzymać schronienie na okres 3 miesięcy. Jak tłumaczy ks. Paweł Tomaszewski, dyrektor Caritas AL, to wystarczająco długi czas, by odnaleźć się w nowej rzeczywistości oraz przepracować najtrudniejsze sprawy podczas terapii.

- W ośrodku mogłam liczyć na pomoc pracowników, wsparcie psychologiczne, prawnicze oraz terapeutyczne. Niestety mąż już kolejnego dnia dowiedział się, gdzie jestem i wyczekiwał pod ośrodkiem. Bałam się wychodzić poza teren placówki. Nawet w tamtym czasie próbował grać na moim poczuciu winy, że rozbijam rodzinę. W tamtych chwilach bardzo cenna była dla mnie pomoc pracowników ośrodka - opowiada pani Zofia.

Od tamtych wydarzeń minął już rok, teraz była podopieczna ośrodka jest już po rozwodzie, jednak cały czas boryka się z konsekwencjami tamtych wydarzeń.

- Miałam bardzo duże stany lękowe, które towarzyszą mi do dziś, cały czas chodzę także do terapeutki. Mimo tych wydarzeń i przykrych wspomnień żyje teraz jako wolna kobieta, która sama może o sobie decydować. Znalazłam pracę, widzę, jak pięknie rozwija się moja córka, jest nieporównywalnie lepiej - podsumowuje.

Krzywdzą nie tylko współmałżonkowie, ale także rodzice

Przekonała się o tym jedna z naszych czytelniczek - pani Karolina, która padła ofiarą przemocy psychicznej ze strony swojej matki.

- Wszystko zaczęło się, kiedy miałam ok. 10 lat. Chodziłam wtedy na zajęcia, które odbywały się w pracy mojej mamy, przez co rozwój moich umiejętności stał się dla niej niezdrowym priorytetem. Gdy popełniałam jakiś błąd, wyzywała mnie oraz porównywała do mojego chorego psychicznie taty. Zdarzały się też sytuacje, gdy użyła wobec mnie przemocy fizycznej - opowiada pani Karolina.

Czytelniczka podkreśla, że nie miała w tym czasie gdzie szukać pomocy. Jej starszy brat wyjechał na studia do innego miasta, a ojciec ze względu na stan zdrowia nie mógł bronić córki. - Pamiętam ciągły strach w obawie o kolejny wybuch agresji mamy. Latami żyłam w poczuciu, że nigdy nie będę dla niej wystarczająca. Z tego wszystkiego w pewnym momencie zaczęłam chorować na zaburzenia odżywiania. Skutkiem tamtych sytuacji był także fakt, że nabawiłam się nerwicy lękowej. Konsekwencje odczuwam do dziś, a mam już 25 lat - dodaje pani Karolina.

Czytelniczka od 18. roku życia nie mieszka już z rodzicami, przez kilka lat uczęszczała także na terapię.

- Mam w sobie za dużo żalu do mamy. Żyję z ciągłą obawą odrzucenia, że będę dla kogoś niewystarczająco dobra. Jestem w kilkuletnim i szczęśliwym związku, jednak wciąż boję się, że któregoś dnia mój partner mnie zostawi, bo "jestem do niczego" - podsumowuje.

Dr Marzena Kowaluk-Romanek z Instytutu Pedagogiki UMCS podkreśla, że przemoc powoduje rozległe i trwałe następstwa w życiu psychicznym ofiar.

- Efektem długotrwałego znęcania może być rosnące poczucie własnej niemocy, przekonanie, że do niczego się nie nadajemy, jesteśmy słabi, bezużyteczni lub nie zasługujemy na szacunek - tłumaczy dr Kowaluk-Romanek.

Kolejną ofiarą domowej przemocy jest pani Hanna, aktualna podopieczna Ośrodka Wsparcia dla Ofiar Przemocy w Rodzinie. Kobieta od drugiego roku życia wychowywała się w domach dziecka oraz rodzinach zastępczych, po tym, jak jej biologiczni rodzice stracili prawo do opieki nad córką. Wszystko z powodu matki pani Hanny, która pod wpływem alkoholu wyrzuciła 2-letnią córkę przez okno. Gdy kobieta skończyła 18-lat, postanowiła wrócić do rodzinnego domu.

- Tak naprawdę wróciłam do ojca, który stale utrzymywał ze mną kontakt, gdy przebywałam w placówkach opiekuńczych. Niestety dalej mieszkał z moją matką. Po śmierci taty już nie miał mnie kto obronić. Zdarzały się sytuacje, że gdy mama wypiła, to groziła mi nożem. Bałam się, że jak pójdę spać, będzie w stanie podciąć mi gardło - relacjonuje pani Hanna.

Sąsiedzi niejednokrotnie wzywali policję, która zabierała agresywną kobietę. Jak poinformował komisarz Gołębiowski, mundurowi podczas interwencji dotyczących przemocy w rodzinie skupiają się na działaniach prowadzących do odizolowania osoby agresywnej od ofiary.

- Takie interwencje w wielu przypadkach kończą się zatrzymaniem sprawcy przemocy. Taka osoba może być także objęta nakazem opuszczenia miejsca zamieszkania - zaznacza policjant.

Pani Hanna także wyciągała do matki pomocną dłoń, by pomóc jej uporać się z problemem alkoholowym, jednak dobre chęci nigdy nie spotkały się z pozytywnym odbiorem. Teraz kobieta przebywa w areszcie z powodu ataku z nożem w ręku na swojego partnera.

- Nigdy nie usłyszałam z jej ust słowa przepraszam. Nie mogę nawet nazwać jej swoją matką, która kobieta traktuje tak swoje dziecko? Jak wyjdzie z aresztu nie będę chciała utrzymywać z nią żadnego kontaktu - podsumowuje pani Hania.

Historie ofiar przemocy są różne

Jedni zdają sobie sprawę z problemu i szukają pomocy, inni natomiast tak bardzo są zapatrzeni w swojego oprawcę, że bardzo ciężko jest im odejść od osoby, która je krzywdzi. W takiej sytuacji znalazła się nasza kolejna czytelniczka, pani Monika.

- Mój partner stosował wobec mnie zarówno przemoc fizyczną, jak i psychiczną. Podczas jednej z kłótni pobił mnie do tego stopnia, że przez ponad 3 tygodnie nie wychodziłam z domu. Nie reagował, gdy prosiłam go, by przestał, bo sprawia mi to ból. Pamiętam, że próbowałam zadzwonić wtedy na policję, jednak on wyrwał mi telefon z ręki i roztrzaskał go o podłogę - opowiada czytelniczka. I dodaje, że po całej sytuacji partner wzbudzał w niej poczucie winy, wmawiając, że to ona sprowokowała go do agresji.

Dr Marzena Kowaluk-Romanek z Instytutu Pedagogiki UMCS tłumaczy: - Jedną z bardziej charakterystycznych cech krzywdzonych osób jest szukanie w sobie źródła złego traktowania – przekonanie, że przemoc wynika z ich osobistych cech, z faktu, iż nie spełniają oczekiwań partnera. Osoby krzywdzone bardzo często tłumaczą sobie, że agresja, która ich dotyka nie jest dokonywana z premedytacją. W ten sposób, mimo ambiwalentnych uczuć, ofiara znajduje uzasadnienie zachowania oprawcy.

- Partner zadbał o to, aby odseparować mnie od bliskich, którzy próbowali pomóc mi wyrwać się z tej toksycznej relacji. Byłam jednak tak zaślepiona miłością, że za każdym razem stawałam w jego obronie, odtrącając pomocną dłoń, którą wyciągała do mnie rodzina. Przez sytuacje, które mnie spotkały w pewnym momencie trafiłam na odział zamknięty w szpitalu w Abramowicach. Byłam wtedy wrakiem człowieka - opowiada pani Monika.

Po wyjściu ze szpitala nasza czytelniczka podjęła decyzję o rozstaniu, jednak, jak podkreśla, bardzo ciężko znosiła tamtą sytuację. Z konsekwencjami tych wydarzeń boryka się do tej pory.

- To są rzeczy, które już nigdy mnie nie opuszczą - podsumowuje.

Joanna Bańczerowska z Ośrodka Wsparcia Dla Ofiar Przemocy w Rodzinie apeluje o czujność każdego z nas.

- Nie pozostawajmy obojętni na oznaki przemocy wobec sąsiadów, naszych bliskich czy znajomych z pracy. Jeśli ktoś regularnie przychodzi posiniaczony, warto spytać, czy dzieje się coś niepokojącego, czy możemy pomóc, podpowiedzieć, że właśnie w SOW można szukać profesjonalnej pomocy. Zdecydowanie lepiej usłyszeć, że niepotrzebnie się martwimy, niż później żałować, że mogliśmy zareagować – podkreśla.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Czy Polska jest krajem do rodzenia dzieci?

Wideo

Materiał oryginalny: Przemoc fizyczna, psychiczna, w białych rękawiczkach. To może dotknąć każdego z nas - Kurier Lubelski

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Nasze Miasto
Dodaj ogłoszenie