Legwan z Krakowa po lubelsku. Ranny pies, który okazał się... futrzaną czapką

Gabriela Bogaczyk
Gabriela Bogaczyk
Historia o krakowskim „lagunie” obiegła cały świat. Okazuje się jednak, że i w woj. lubelskim były podobne interwencje
Historia o krakowskim „lagunie” obiegła cały świat. Okazuje się jednak, że i w woj. lubelskim były podobne interwencje KTOZ Krakowskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami/facebook.com
Historia krakowskiego „laguna” obiegła świat. Legwan na drzewie okazał się po prostu rogalikiem z ciasta francuskiego. Również lubelskie organizacje mają na koncie podobne interwencje.

- Tego typu sytuacje i u nas również się zdarzają. Może nie aż tak spektakularne, jak w Krakowie, ale podobne. Na przykład kiedyś pojechałem do węża leżącego na tarasie, który okazał się fragmentem węża, ale ogrodowego do podlewania ogródka. To było kilka lat temu, pamiętam, że też nieźle się ubawiłem - wspomina Bartłomiej Gorzkowski z lubelskiego egzotarium, prezes fundacji Epicrates.

Opowiada również o wezwaniu, które miało dotyczyć pająka ptasznika. Rozmówca uważał, że ktoś mu go podrzucił do mieszkania. Jednak po przeszukaniu, tym ptasznikiem okazał się zwykły kątnik domowy, czyli niegroźny pająk przebywający praktycznie w każdym domu.

- Natomiast jeżdżąc jeszcze w patrolu interwencyjnym schroniska miałem zgłoszenie do rannego psa wyrzuconego z samochodu na skrzyżowaniu al. Piłsudskiego z ul. Narutowicza. Pani mówiła, że pies skomle i czołga się między samochodami. Po przyjeździe na miejsce okazało się, że była to... futrzana czapka - relacjonuje Gorzkowski.

I wyjaśnia, że ludzie często ubarwiają historie przez telefon, bo myślą, że wtedy szybciej ktoś przyjedzie. - Dobrze, że dzwonią, reagują i są czuli na los zwierząt. Powiem szczerze, że wolę pojechać dziesięć rany niepotrzebnie na interwencję, niż jeden raz nie pojechać, kiedy rzeczywiście byłaby taka potrzeba - podsumowuje Bartłomiej Gorzkowski.

Lubelskie organizacje na rzecz zwierząt sypią przykładami różnych pomyłek. Katarzyna Drelich z Fundacji Felis wspomina sytuację z ogródków działkowych przy ul. Osmolickiej.

- Jeździłam tam po koty, aby je wysterylizować. Pan Zdzisław, który zawsze je w tym rejonie dokarmiał, poinformował mnie, że przychodzi też jakiś „dziwny kotek”, taki mniejszy i daje się głaskać. Myślałam, że to może jakiś karzełek lub z chowu wsobnego. Za kilka dni pan Zdzisław zadzwonił i powiedział, że złapał go do klatki. Ku mojemu zdziwieniu, kot okazał się tchórzofretką. Była oswojona, nie bała się brać na ręce, miała szwy na brzuchu. Widocznie ktoś ją porzucił. Na szczęście została adoptowana i trafiła w dobre ręce - wyjaśnia Katarzyna Drelich.

Często zdarzają się też dramatyczne telefony do ciężarnych kotek, które zaraz się okocą. - Ja wtedy rzucam wszystko i szybko przyjeżdżam, po czym okazuje się, że to spasiony wykastrowany kocur - dodaje z uśmiechem nasza rozmówczyni.

Fundacja Ex Lege z Lublina zwraca uwagę, że czasem pomyłki dotyczą dzikich zwierząt.

- Kiedyś wieczorem otrzymaliśmy wezwanie dotyczące psa. Pani nam go przywiozła, wzięła na ręce, patrzymy: a to dziki jenot. Pewnego razu pojechaliśmy do opuszczonego miotu szczeniąt w lesie. Tym sposobem trafiły do nas małe lisy. Przypadku francuskiego rogalika jeszcze nie mieliśmy, wszystko przed nami - mówi z przymrużeniem oka Marta Włosek z Fundacji Ex Lege.

Jeśli ktoś jeszcze nie słyszał historii o krakowskim „lagunie” to wyjaśniamy, że chodzi o emocjonujące zgłoszenie do legwana siedzącego na drzewie pod blokiem. Sytuację opisało w internecie Krakowskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami, które otrzymało to wezwanie. - Przyjedźcie i go zabierzcie! Jest brązowe, siedzi na drzewie i to jest ten… noooo, ten.. lagun! Pani wykrzykuje zadowolona, że nareszcie przypomniała sobie właściwe słowo. Owym tajemniczym lagunem - legwanem okazał się … croissant, rogalik z ciasta francuskiego. Dla pewności – to nie jest opis primaaprilisowego żartu – zgłoszenie takie trafiło do nas naprawdę. Zaznaczamy jednak, że zawsze warto zgłaszać, jeśli coś Państwa zaniepokoi. Lepiej sprawdzić i się mile rozczarować, czasem (niestety bardzo rzadko) się pośmiać, niż nie zareagować, co nieraz może doprowadzić do tragedii - czytamy w poście Krakowskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami.

Astronauci amatorzy polecieli w kosmos

Wideo

Materiał oryginalny: Legwan z Krakowa po lubelsku. Ranny pies, który okazał się... futrzaną czapką - Kurier Lubelski

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie