„Język ma być przede wszystkim wygodny w użyciu”. Rozmowa o językowej niewidoczności kobiet

Joanna Jastrzębska
Joanna Jastrzębska
Udostępnij:
Żeńskie formy nazw przed wojną były używane często i chętnie, a dziś toczymy o nie „narodowy spór”. O „rodzicach w ciąży”, „pediatrkach” i językowej nierówności płci rozmawiamy z prof. dr hab. Jolantą Szpyrą-Kozłowską z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, autorką książki „Nianiek, ministra i japonki. Eseje o języku i płci”.

Po co w ogóle są nam formy żeńskie w języku?

A może ja odwrócę to pytanie: po co nam formy męskie? Jeżeli dzielimy ludzi na kobiety i mężczyzn – pomijam tu osoby niebinarne, bo o nich nie piszę w książce – mówiąc o mężczyznach, używamy form męskich, a mówiąc o kobietach, używamy żeńskich. To jest logiczne.

Dlaczego kiedy mówimy o wszystkich, również używamy form męskich?

Tutaj mamy do czynienia z dwoma rodzajami zjawisk. Po pierwsze, z tak zwaną ogólną funkcją form męskich, które mają taką właściwość – i jest to spuścizna wielu wieków – że odnoszą się także do tzw. grup różnopłciowych, czyli obejmujących kobiety i mężczyzn. To znaczy, że jeśli mówimy „Polacy często kupują swoim partnerkom kwiaty z okazji Dnia Kobiet”, mamy na myśli mężczyzn. Ale jeśli powiemy „Polacy lubią spędzać wakacje nad morzem”, w tym wypadku chodzi o Polki i Polaków. Drugie zjawisko polega na asymetrii między nazwami mężczyzn i kobiet, ponieważ wiele nazw męskich nie posiada żeńskich odpowiedników. Utrwalonych form żeńskich nie posiadają prestiżowe funkcje, stanowiska i tytuły, np. prezydent, premier, konsul, ambasador, ale również tradycyjne męskie zawody (np. szewc, hutnik, kierowca), stopnie wojskowe czy nazwy hierarchii kościelnej. Poza tą ostatnią dziś mamy do czynienia z kobietami w każdej z wymienionych dziedzin, ale nadal posługujemy się wobec nich formami męskimi.

Po lekturze pani książki wydaje mi się, że kobiety mogłyby się zgodzić z poetą w wersie „Niczego o mnie nie ma w konstytucji”.

Nie do końca. W konstytucji mamy zapis definicji małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny, i to jest jedyne użycie formy żeńskiej w tym dość długim dokumencie. W konstytucji – jak w każdym innym urzędowym dokumencie – używane są formy męskie z założeniem, że odnoszą się także do pań. Jest to zjawisko tzw. językowej niewidoczności kobiet, która w żargonie urzędniczym występuje powszechnie i trudno ją wyeliminować. Ta językowa niewidoczność ma jednak przykre konsekwencje, z których nie zdajemy sobie sprawy.

Jakie?

Zbadałam teksty ślubowania pierwszoklasistów. Wszystkie oprócz jednego są redagowane w formie męskiej. Mamy więc: „Ślubuję, że będę dobrym uczniem i kolegą, będę kochał rodziców, szanował i słuchał nauczycieli, uczył się tego, co mądre i piękne, by być dobrym i prawym Polakiem”. Proszę sobie wyobrazić, jak się może czuć siedmioletnia dziewczynka, która w eleganckim stroju uroczyście ślubuje, że będzie dobrym kolegą, a co więcej: będzie dobrym Polakiem. Przecież ten tekst można zredagować tak, żeby uwzględniał również ich wrażliwość. Inna sprawa dotyczy niejasności i absurdów, które powstają przez stosowanie męskich form w stosunku do kobiet. Po co pisać o „pracowniku w ciąży” lub „pracowniku na urlopie macierzyńskim”, skoro mamy formy pracowniczka lub pracownica. Pamiętam też przykład z programu telewizyjnego. Prowadzący zadał dwóm grupom pytanie „Ile procent Polaków ogląda mecze piłki nożnej?”. Drużyny były skonsternowane i pytały prowadzącego, czy chodzi o Polaków w rozumieniu mężczyzn, czy o Polki i Polaków.

No tak, bo to mężczyźni częściej oglądają mecze.

Właśnie. Jest jeszcze jedna konsekwencja, chyba najbardziej dotkliwa – wygumkowywanie kobiet z historii. Jeżeli piszemy o władcach i przywódcach, oczywiście używanie męskich form jest zasadne. Ale jeśli piszemy o mieszkańcach średniowiecznego miasta, również nie stosując feminatywów, to kobiety znikają. Przytaczam w książce przykład właśnie o życiu w średniowiecznym mieście. Tam są użyte formy: kupcy, rzemieślnicy, zakonnicy, piekarze, krawcy, szewcy, mistrz, czeladnik. W długim tekście nie ma ani jednej formy żeńskiej. Czy to oznacza, że tam nie było kobiet? Gdyby tak było, to ci ludzie by się nie rozmnażali. Dodam jeszcze, że przeprowadziłam badanie wśród uczniów szkoły podstawowej dotyczące rozumienia przez nich pytań i poleceń w rodzaju męskim, zaczerpniętych z ich podręczników. W ankiecie zapytałam, do kogo się odnosi np. zadanie „Jak spędziłeś wakacje? Opowiedz koledze, co widziałeś”. W ankiecie interesowało mnie, jak uczennice i uczniowie to rozumieją – do kogo jest skierowane pytanie? Podałam do wyboru trzy odpowiedzi: tylko chłopcy, tylko dziewczynki, chłopcy i dziewczynki. Zgodnie z intencją autorów oczywiście poprawna była ostatnia odpowiedź. Dla dzieci jednak to takie oczywiste nie było. Pominę młodsze klasy, ale w klasie szóstej tylko połowa uczennic i uczniów rozumiała je jako dotyczące wszystkich. 99 proc. z nich zaś stwierdziło, że słowo kolega odnosi się tylko do chłopców. Zrobiłam też ankietę dla nauczycielek, z której wynika, że wiele razy dziewczynki nie wykonują tych poleceń, ponieważ nie odnoszą ich do siebie. Albo podnoszą rękę i pytają, czy mogą opowiedzieć o wakacjach koleżance, bo koledzy siedzą kilka ławek dalej.

Gdzie w takim razie i dlaczego zniknęły z języka feminatywy?

Jeśli prześledzimy ich historię, to obserwujemy, że na przestrzeni wieków ich liczba systematycznie rosła. Przed drugą wojną światową uważano, że powinny być one nadal tworzone i używane. Poradniki językowe z tamtego okresu bardzo krytycznie oceniały stosowanie nazw męskich wobec kobiet. Zmiana nastąpiła po wojnie, w latach 50. Komuniści, chcąc zaktywizować zawodowo kobiety, uznali, że osiągną ten cel, stosując wobec nich zaszczytne nazwy męskie. W ten sposób chcieli pokazać, że kobiety dorównują mężczyznom.

Radykalna zmiana.

Tak, i nastąpiła w ciągu kilku lat. Prowadziła do wielu absurdów. W książce cytuję felieton Stefanii Grodzieńskiej „Dałam listonosz” będący relacją zdradzanej kobiety, która mówi „mąż zdradzał mnie najpierw z kierownik, później z naczelnik, a wreszcie uciekł z technik”. Grodzieńska wyśmiewa męskie formy, ponieważ są nieodmienne, co jest niezgodne z zasadami fleksji, obowiązującymi w polszczyźnie. Rzeczowniki powinno się odmieniać przez przypadki, a męskie formy stosowane wobec kobiet to uniemożliwiają. Wprowadzają nienaturalną dla polszczyzny obcość, bo tylko obcych wyrazów nie odmieniamy, np. sushi _czy _menu.

Obcość, ale i prestiż.

Tak je odbierano. Obecnie mamy sytuację, która wynika właśnie z tych komunistycznych zmian, czyli powszechne stosowanie nazw męskich. Co więcej, same kobiety je stosują, ponieważ chcą sobie dodać prestiżu. Paradoks polega na tym, że w większości obszarów życia staramy się odciąć od spuścizny komunistycznej, a tu nam nie przeszkadza i tkwimy w formach nieadekwatnych względem płci.

Skąd ten nasz upór?

W pewnych kręgach feminatywy spotykają się z wrogością. Są wyśmiewane, krytykowane, nazywane feministyczną nowomową. Wszystkie zmiany w języku wymagają czasu i zmiany naszych zwyczajów, a my nie lubimy ich zmieniać.

Rozwiejmy wątpliwości: formy żeńskie są poprawne językowo, ale nie oswojone społecznie?

Są całkowicie poprawne i zgodne również z wieloletnią tradycją tworzenia takich nazw. Inaczej mówiąc, problem tkwi nie tyle w samym języku, ale w głowie użytkowników i użytkowniczek języka.

Ale nie jest też tak, że nasz język jest tu całkowicie niewinny.

Są pewne przeszkody. Jednym z argumentów przeciwko tworzeniu nowych feminatywów jest to, że nie da się ich łatwo wymówić. Przeprowadziłam ostatnio badanie, w którym trzydzieścioro studentek i studentów nagrało listę dwudziestu feminatywów, żeby stwierdzić, czy one są faktycznie trudne do wymówienia. Znalazły się na niej m.in. chirurżka, foniatrka, pediatrka _i _adiunktka.

I co z tą adiunktką?

To był jedyny feminatyw, który sprawił trudność wszystkim.

Co jest z nim nie tak?

Mamy tu zbitkę spółgłosek nktk, która nie występuje w żadnym innym polskim wyrazie. Bardzo mnie rozbawiło, że 90 proc. czytających zmieniło ten wyraz na adiutantka. Ale z badania wynika, że _adiunktka _to jedyny autentycznie trudny wyraz do wymówienia. W pozostałych przypadkach zdarzały się pewne wahania, ale poprosiłam o trzykrotne przeczytanie podanych nazw i za drugim albo trzecim razem już wszystkie poza tą jedną były płynnie wymawiane. W książce podejmuję polemikę z poglądami, które eksponują problemy w tworzeniu feminatywów, podczas gdy albo są one niewielkie, albo w ogóle ich nie ma.

Ostatnio znajomy użył słowa _gościni _zupełnie automatycznie. Tak bardzo się nie zastanawiał nad tą kwestią, że kiedy parę dni później mu to przypomniałam, wypierał się, mówiąc, że jest to dla niego zupełnie obce słowo. Pani się spotyka z takim odruchowym i nieświadomym używaniem mniej popularnych feminatywów?

Nawet jeśli tak się dzieje, to nasiąkanie tymi formami jest bardzo powolnym procesem. Na używanie jakiegoś słowa wpływa bardzo wiele czynników, m.in. wiek, wykształcenie, miejsce zamieszkania. Chcę upewnić, że forma gościni _jest całkowicie zgodna z zasadami tworzenia nazw żeńskich. Sufiks -yni, -ini mamy w wyrazach typu _gospodyni, członkini _czy _wychowawczyni. Trzeba jednak przyznać, że nie ma badań, które by określały, ile takich wyrazów jest w użyciu.

Jeszcze nie ma, ale wkrótce to będą, bo w przygotowaniu do publikacji są wyniki pani badania.

Poprosiłam panie pracujące w 15 polskich uczelniach, żeby podały, jakie formy męskie czy żeńskie stosują. Na kobietę na stanowisku rektora mówią rektor _czy _rektorka, a może rektora? To samo dotyczyło innych słów związanych z funkcjami uniwersyteckimi. Wynik był taki, że 60 proc. pań używa tylko nazw męskich, 30 proc. tylko żeńskich, a 10 proc. stosuje je wymiennie. Z form żeńskich częściej korzystały młodsze. Można więc mówić o zmianie pokoleniowej – to młodsze roczniki będą decydowały o kształcie języka. Warto dodać, że dużo tu zależy od obecności kobiet we władzach uczelni. Na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu rektorem jest kobieta, prof. Bogumiła Kaniewska. Uczelnia oficjalnie promuje używanie form żeńskich, w statucie jest zapis o tym, że są one równoprawne z męskimi.

A pani bardziej się czuję naukowcem czy naukowczynią?

Z racji wieku jestem przyzwyczajona do formy męskiej, ale należę do tej grupy, która używa wymiennie obu nazw.

Czyli nie demonizujemy męskich form stosowanych wobec kobiet.

Absolutnie nie. Nie powinniśmy doprowadzać do kolejnych konfliktów z powodu języka. Podziałów jest i tak dużo. Myślę, że słowem-kluczem jest tu tolerancja. Jeżeli ktoś lepiej się czuje, używając form męskich, niech ich używa, a jeżeli ktoś woli żeńskie, niech je stosuje. Teraz polszczyzna jest w okresie przejściowym, jeśli chodzi o te formy. Powinniśmy podejść do nich z wyrozumiałością, nie oburzać się ani na jedne, ani na drugie. Język powinien być przede wszystkim wygodny w użyciu. Nie prowadzę agitacji, jestem naukowczynią, a nie działaczką.

W książce spór o „żeńskie końcówki” określiła Pani mianem sporu narodowego. Zastanawiam się jednak, czy na ten spór nie jest za późno? Coraz częściej pojawia się problem odpowiednich nazw dla osób niebinarnych, a my nadal jeszcze dyskutujemy o kwestii feminatywów.

Lepiej późno niż wcale. Doganiamy w tej chwili kraje zachodnie. Tam problem feminatywów był istotny 30-40 lat temu. W dużym stopniu go rozwiązano. W angielskim zrezygnowano na przykład z rozróżnienia płci na określenie policjanta i policjantki policeman _i _policewoman _zastąpiono neutralnym police officer. W językach, gdzie system rodzajowy jest bardziej rozwinięty, tworzono żeńskie odpowiedniki. Kiedy kanclerzem Niemiec została Angela Merkel, istniał wyraz _Kanzler, ale uznano, że to jest nieodpowiednia forma dla kobiety i utworzono specjalnie dla niej Kanzlerin. Świat zachodni już sobie z tym problemem poradził lata temu, ale w Polsce nie było wtedy sprzyjającego kontekstu do wprowadzania zmian. Stąd językową równością płci zajmujemy się teraz, z dużym opóźnieniem wobec innych krajów. Dotyczy to także języka i wizerunku językowego osób niebinarnych. Myślę, że przez wiele lat sprawa języka będzie dla nas aktualna, bo problem istnieje i jesteśmy daleko od jego rozwiązania.

Mało optymistyczna prognoza.

Napisałam pierwszą książkę genderową w 2005 r. Jedna z jej konkluzji brzmiała, że zmiany zachodzące w języku są odbierane negatywnie. Rada Języka Polskiego wydała wtedy oświadczenie krytykujące używanie form żeńskich, stwierdziła, że są niepotrzebne. Minęło kilkanaście lat, czyli nie tak znowu dużo, i mamy zupełnie inną sytuację. Rada w 2019 r. wydała drugie oświadczenie, w którym uznała feminatywy za formy całkowicie poprawne w polszczyźnie i nie ma powodu, żeby ich nie stosować. Jeśli chcemy mieć na koniec optymistyczny akcent, to zobaczmy, ile się zmieniło przez te kilkanaście lat i miejmy nadzieję, że za drugie tyle zmieni się jeszcze więcej.

Międzykulturowe relacje mieszkańców Kazachstanu

Wideo

Materiał oryginalny: „Język ma być przede wszystkim wygodny w użyciu”. Rozmowa o językowej niewidoczności kobiet - Kurier Lubelski

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie